Czy można stworzyć komediodramat o jednym z największych morderców w historii świata, nie trywializując przy tym jego zbrodniczych dokonań? Okazuje się, że tak – dokonali tego twórcy filmu „Śmierć Stalina”, których dzieło naprawdę dobrze pokazuje nieludzkie mechanizmy władzy w ZSRS i jednocześnie celnie punktuje absurdy sowieckich porządków obnażając przy tym hipokryzję systemu kultu jednostki.

Józef Wissarionowicz Stalin to jeden z największych morderców w dziejach. To z jego rozkazu egzekucje, zsyłki i wywłaszczenia stały się udziałem milionów ludzi. Dyktator ten odcisnął swoje krwawe piętno także na historii Polski. Dlatego też, wiadomość o powstaniu komediodramatu traktującego o śmierci Stalina przyjąłem z pewnym niepokojem. Bałem się bowiem, że poczynania tego zbrodniarza zostaną strywializowane, a cały film okaże się kolejnym przykładem „oswajania” komunizmu. Na szczęście, obawy zostały szybko rozwiane.

Już pierwsze minuty filmu dają przedsmak tego, w jaki sposób skonstruowano całą opowieść. Jeden krótki telefon od Stalina wywołuje popłoch u dyrekcji Radia Moskwa, która musi pośpiesznie zaaranżować powtórkę dopiero co skończonego koncertu. Choć sytuacja budzi rozbawienie swym absurdem, to wszystko odbywa się w atmosferze śmiertelnego lęku przed popadnięciem w niełaskę u dyktatora. Wydźwięk obrazu dopełniają przebitki z nocnej czystki dokonywanej przez NKWD.

„Jedna śmierć to tragedia, milion – statystyka” – mawiał Stalin. Slogan ten można wziąć za hasło przewodnie filmu. Choć obraz opowiada o zgonie dyktatora ZSRS, to w tle widać całe mnóstwo innych dramatów, zepchniętych na drugi plan, a więc i niedopowiedzianych, pozbawionych pełni wymiaru. Daje to pewien wgląd w charakter państwa sowieckiego, państwa, którego podstawowym filarem był terror.

„Stalin burzył status quo” – powtarzają ustawicznie bohaterowie filmu. Faktycznie, Stalin burzył ustalony porządek, nawet po śmierci. Jego zgon demoluje bowiem polityczną scenę ZSRS i staje się początkiem cynicznej gry o schedę po dyktatorze. Powstała sytuacja obnaża hipokryzję i merkantylność stojące za fasadą bezgranicznego kultu jednostki. Jeszcze zanim lekarze obwieszczają, że Josif Wissarionowicz faktycznie jest martwy, najbliżsi współpracownicy Soso rozpoczynają bezwzględną walkę o władzę. W tych zaciekłych zmaganiach śmierć niewinnych jest jedynie argumentem politycznym, słowa służą maskowaniu myśli, a uczucia wykorzystuje się do kontrolowania ludzi.

„Uśmiecham się, ale jestem nieźle wkurzony” – mówi w jednej ze scen marszałek Żukow. I słowa te stają się świetnym opisem zarówno osobowości głównych bohaterów, jak i prowadzonej przez nich polityki (a może i polityki w ogóle?..).

Twórcom udało się wyraźnie pokazać triadę rządzącą państwem sowieckim (opisywaną m.in. przez Wiktora Suworowa), czyli partię, służby i wojsko. I tak, oś narracyjna filmu opowiada o zmaganiach Chruszczowa, zjednującego sobie Komitet Centralny (czyli partię), nakierunkowanych na pokonanie rosnącego w siłę Berię (reprenetującego służy) przy pomocy marszałka Żukowa (dowódcy wojska).

„Śmierć Stalina” pokazuje wydarzenia z 1953 roku w sposób historycznie – jak na komediodramat – poprawny. Niemniej, nie udało się uniknąć szeregu uproszczeń. Twórcy m.in. zaburzają perspektywę czasową i „sprężają” wszystko to, co działo się od zgonu Josifa Wissarionowicza (5 marca 1953) do egzekucji Ławrientija Berii (23 grudnia 1953) do rozmiarów jednego tygodnia.

Trzeba natomiast zauważyć, że film przemyca mało znane wątki sowieckiej historii. I tak, widz dowiaduje się na przykład o pasji Stalina do seansów filmowych, na których wymagał obecności członków politbiura. Pojawia się także temat zboczenia seksualnego Berii, który gwałcił w swojej daczy uprowadzone z ulic Moskwy kobiety oraz kwestia ukrywania przez syna dyktatora sprawy katastrofy lotniczej, w której zginęła drużyna hokejowa WWS MWO Moskwa.

Na uwagę zasługuje bardzo umiejętny dobór aktorów. Prawdziwą gwiazdą obsady okazał się Simon Russell Beale grający Berię. Jego występ oceniam najlepiej. Ciekawym pomysłem było obsadzenie Michaela Palina w roli Wiaczesława Mołotowa – pythonowskie skojarzenia związane z tym aktorem podkreślały tylko absurdy ZSRS. Pochwała należy się także Jeffreyowi Tamborowi za rolę Malenkowa. Paradoksalnie, najsłabiej z obsady wypadł jej najbardziej rozpoznawalny członek, czyli Steve Buscemi. Jego Nikita Chruszczow był nieco zbyt „amerykański” – widocznie aktor nie wczuł się dostatecznie w realia sowieckie. Dużym plusem filmu jest także muzyka skomponowana przez Christophera Willisa.

„Śmierć Stalina” to film, który przykuwa uwagę widza od pierwszej do ostatniej minuty. Kiedy na ekranie pojawia się czerwona plansza z napisami końcowymi odbiorca zdaje sobie sprawę, że ostatnie sto minut spędził nie w sali kinowej, lecz na widowni absurdalnego teatru hipokryzji, cynizmu i bezwzględności. Teatru, którego aktorzy decydują o losie milionów. Warto wybrać się na ten film, a podczas seansu pamiętać, że choć opowiada on o wydarzeniach sprzed ponad pół wieku, to pewne mechanizmy w nim przedstawione pozostają niezmienne, gdyż ich korzenie sięgają jądra ludzkiej natury.

Jakub Wiech

Category : NZS

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one × 4 =