Nim przystąpią Państwo do lektury poniższego felietonu, uprzejmie proszę o doczytanie go do końca i zapisanie w pamięci, że dotyczy on teorii komunikacji w przestrzeni publicznej, choć prima facie może wydawać się, że chodzi w nim o coś zgoła innego.

Przy warszawskim Nowym Świecie znajduje się pałac Zamoyskich, w którym nie tak dawno siedzibę miał Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Jedna ze ścian tego budynku nosi na sobie nakreślony sprayem napis, którego wyblakłe litery głoszą: „Żaden człowiek nie jest nielegalny.” Zgadzacie się z nim Państwo?

Oczywiście, że się Państwo zgadzacie. W przeciwnym razie, trudno będzie mi nawiązać z Państwem jakikolwiek sensowny kontakt, gdyż nie mam zwyczaju zwracać się do osób negujących legalność czyjejkolwiek egzystencji. Życie żadnego człowieka nie może zostać uznane per se za nielegalne. Miejsca, w których zasada ta jest łamana, uchodzą za nieludzkie i barbarzyńskie.

Jednakże, hasło to zostało użyte w bardzo konkretnych okolicznościach. Z tego, co zauważyłem, pojawiło się ono na ścianie pałacu przy okazji kulminacji tzw. kryzysu uchodźczego, czyli około 2015 roku (choć w przestrzeni medialnej istniało już wcześniej). Jako slogan sprawdza się świetnie: chwyta za serce, wywołuje określone emocje, jest łatwe do zapamiętania. Jednakże, jest też doskonałym przykładem czegoś, co roboczo nazwę uprostem maksymalnym.

Co to takiego ten cały uprost? Cóż, jest to taka forma przekazu, która materię skomplikowaną i wielopłaszczyznową przekazuje w maksymalnie prosty, łatwy do zapamiętania, powierzchowny i najczęściej logicznie błędny sposób. Zwrot ten jest więc podobny do sofizmatu. Wyłączmy na chwilę emocje, użyjmy kontekstu i logiki do rozbioru wspomnianego wyżej hasła. Żaden człowiek nie jest nielegalny. W porządku, ale kryzys uchodźczy nie zasadzał się na kwestionowaniu legalności tego czy innego człowieka, a na podważaniu legalności p o b y t u określonych osób w konkretnych miejscach. A pobyt taki- oraz inne ludzkie zachowania- może być nielegalny. Decyduje o tym system prawny obowiązujący na tym obszarze. Jednak o tym hasło nie wspomina, upraszcza całą sytuację, odziera ją z didaskaliów, przenosząc zręcznie ciężar dyskusji na emocjonalne tory kwestionowania prawa człowieka do egzystencji. Sprytne? Na pewno. Cyniczne? Być może.

Na hasło to natykam się codziennie wracając z pracy do domu, dlatego też posłużyło mi za przykład uprostu maksymalnego (jeszcze raz podkreślę, że tekst ten dotyczy technik komunikacji, nie zaś przedmiotów sporów politycznych). Niemniej, przestrzeń publiczna obfituje w podobne maksymy, równie piękne, co płytkie i w większości przypadków nielogiczne. Każdy taki slogan spłyca debatę publiczną, przenosząc ją do sfery emocji, separując od wymiernych danych i faktów. Potęguje to wszelkie spory i kłótnie, gdyż tam, gdzie rośnie temperatura dyskusji zazwyczaj szybko przegrzewają się rozumy.

Trudno jest bronić się przed uprostami. Są one niezwykle wygodne i jaskrawe, potrafią zastąpić szereg merytorycznych argumentów, które niekiedy rozmywałyby sens całego przekazu, a niekiedy nawet stawałyby względem niego okoniem. Jednakże, jeśli planujemy ostudzić rozgrzaną do czerwoności debatę publiczną, powinniśmy czym prędzej odżegnać się od tego typu zagrywek, biorąc na siebie ciężar uzasadniania swoich racji czymś więcej, niźli tylko erystycznymi sztuczkami.

Jakub Wiech

Category : NZS

2 thoughts on “Śmiech śmiechem, Wiech wiechem: brodzik debaty publicznej”

  1. Wydaje mi się, że ten napis pojawiał się na Krakowskim Przedmieściu i kilku innych uczęszczanych ulicach już w latach 2011-2014, przed kryzysem uchodźczym…

  2. Pan Wiech ma zawsze świeże spojrzenie na różne tematy. Mimo że nie zawsze się z nim zgadzam, to fajnie móc go czytać na Blogu NZSu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × 5 =