Był podrzędnym członkiem gabinetu, nie wygrał żadnych wyborów, wkrótce miał zadowolić się niewiele znaczącą rolą ambasadora. Gdy Kapitol zamienił się w dymiące szczątki, Tom Kirkman został najpotężniejszym człowiekiem na świecie. „The Designated Survivor” to – wbrew pozorom – obraz Stanów Zjednoczonych, któremu daleko do fikcji.

Na szczytach władzy

Nowy serial produkcji amerykańskiej telewizji ABC opowiada o niezwykłej prezydenturze Toma Kirkmana, dotychczasowego sekretarza urbanizacji, który zostaje wyznaczony przez administrację urzędującego prezydenta na tytułowego tzw. wyznaczonego ocalałego. Oznacza to, że w momencie, gdy w jednym miejscu zgromadzeni są najważniejsi amerykańscy politycy (prezydent, wiceprezydent, członkowie Kongresu itd.), ocalały zostaje ukryty w sekretnym i zabezpieczonym miejscu. W razie ataku, to on zostaje głową państwa.

Gdy serialowy Kapitol zostaje zrównany z ziemią w ataku terrorystycznym, Kirkman niespodziewanie zostaje prezydentem. Przedstawiona przez twórców opowieść zdaje się nie tyle tworzyć odrealnioną wizję świata na krawędzi anarchii, a stara się jak najbliżej dotknąć faktów oraz związanych z nimi lęków amerykańskiego (ale nie tylko) społeczeństwa. Jako ciekawostkę można potraktować fakt, że praktyka mianowania wyznaczonego ocalałego rzeczywiście w Stanach istnieje. Gdy została ona wprowadzona za czasów zimnej wojny, służyła jako zabezpieczenie na wypadek ataku nuklearnego. Dziś jednak, co dobitnie pokazały wydarzenia z 2001 roku, sens tego rozwiązania opiera się przede wszystkim o możliwość ataku terrorystycznego i o zagrożenie, że tonący okręt pozostanie bez kapitana.

 

Naród, który potrzebuje wroga

Osią „The Designated Survivor” jest śledztwo w sprawie tego, kto popełnił zamach. Dosyć szybko głównym podejrzanym staje się islamska organizacja terrorystyczna, która przyznaje się do ataku. Robi to jednak w nietypowy sposób – włamując się do prezydenckiego komputera, by zostawić na nim wiadomość wideo, które wkrótce zresztą wycieka do mediów. „Wyjątkowość” tej metody zauważa główny bohater. Należy przypomnieć, że Osama Bin Laden – przyznając się do zamachu na World Trade Center – posłużył się dość liberalną katarską telewizją Al Jazeera, którą obserwuje spora część zachodniego świata. Nagranie poszło w świat, rozpętało słynną wojnę z terroryzmem (ang. War on Terror), a przez to – konflikt z Afganistanem.

W serialu po publikacji nagrania zaczynają się prześladowania muzułmańskiej mniejszości, a gubernator jednego ze stanów okazuje nieposłuszeństwo Kirkmanowi i wprowadza u siebie godzinę policyjną. Inny z kolei odmawia przyjęcia uchodźców z Syrii, nawet pomimo wcześniejszych zobowiązań. Dochodzi do pomysłu wstrzymania imigracji w ogóle. Upada symbol wolności obywatelskich i otwartości. Upada Ameryka.

To obraz narodu, który za wszelką cenę potrzebuje wroga, by przelać na niego swoje – całkowicie zrozumiałe – smutek, złość i strach. Nie bez powodu w serialu Davida Guggenheima prezydentem zostaje polityk niezależny. Ma studzić emocje, łączyć społeczeństwo, odrzucać skrajności. Co jednak najważniejsze, można odnieść wrażenie, że Tom Kirkman powstał po to, by przemówić wprost do widza: „Hej, zapomnieliście, że bez względu na kolor skóry wszyscy jesteśmy ludźmi?”. Pokazuje, że to dialog powinien prowadzić spory. Jeśli jednak nie ma takiej możliwości, trzeba dołożyć starań, by rykoszetem nie trafić niewinnych. Dla przykładu, gdy Kirkman miał do wyboru nalot na szpital, by zlikwidować lidera organizacji terrorystycznej lub wysłanie oddziału Navy Seals, by oszczędzić cywili – wybrał to drugie. Oczywista decyzja? Może tak się wydawać, ale pamiętajmy, że dzisiejsze społeczeństwa żyją w stanie ciągłego wzburzenia tragicznymi wydarzeniami. Demonstracja siły i ataki powietrzne wydają się nie tylko skuteczniejsze, ale i podnoszące sondażowe słupki, nawet pomimo tego, że czasem kosztują życie niewinnych osób. Według danych Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka, w ciągu 26 miesięcy walk koalicja przeciwko ISIS zabiła ponad 700 cywili – syryjskich obywateli. Nadal decyzja serialowego prezydenta USA wydaje się taka oczywista?

(ABC, Sven Frenzel)

Cywil na wojnie

Stany Zjednoczone w „The Designated Survivor” idą na wojnę, która ma wiele wymiarów. Najbardziej oczywisty to ten militarny. Problemem okazuje się jednak nie szacowanie sił wroga ani słabość własnej armii (według Credit Suisse, siła armii USA jest największą na świecie) – największym zmartwieniem jest określenie tego, kto właściwie jest tym wrogiem. Doskonale wpisuje się to w ideę wojny informacyjnej, jaką tak naprawdę prowadzą dzisiaj państwa i organizacje. W takiej wojnie żołnierzami bez bagnetów są przede wszystkim politycy i media. Nawet jak najbardziej fizyczna forma przemocy, jakiej dopuszczają się terroryści, w końcu jest w pewnym sensie elementem wojny informacyjnej.

Katastrofalne w skutkach mogą okazać się kroki, które decydenci są w stanie podjąć, znajdując się pod medialnym ostrzałem. Najczęściej cierpią na tym cywile – nie tylko ci, którym kule i odłamki odbiorą życie, ale też ci, którzy stracą dach nad głową, możliwość kontynuowania nauki czy pracy.

Nieprzypadkowy jest moment, w którym „The Designated Survivor” znalazło się na niebieskich ekranach. Pierwszy odcinek serialu miał swoją premierę pod koniec września, a więc stosunkowo na krótko przed wyborami prezydenckimi w Stanach. Element rasizmu i ksenofobii jest w dziele na tyle istotny, na ile istotna dla wyborców jest tematyka napływających zza oceanu imigrantów. Serial wydaje się rozprawiać z pewnymi zakorzenionymi lękami, ze stereotypami i mitami, których – jak wskazuje The Independent, w zakończonej niedawno kampanii prezydenckiej było mnóstwo. Donald Trump wielokrotnie w swoim wyścigu do Białego Domu wskazywał na imigrantów „kradnących pracę”, w jego słowach kwestia nielegalnej imigracji rosła do rangi nierozwiązywalnego problemu. Z mitami takimi jak te rozprawiają się dane – margines nielegalnych imigrantów istnieje i wynosi on w Stanach około 350 tysięcy osób rocznie, jednak zaznaczmy, że podobna grupa ludzi rokrocznie opuszcza terytorium USA. Jakby tego było mało, według szacunków nielegalni imigranci stanowią zaledwie 5% osób pracujących (lub raczej „kradnących pracę”) u amerykańskich pracodawców. W dodatku, ta liczba przez ostatnie lata bardzo zmalała.

Marszałek-bohater, zamordowany prezydent

Przed Donaldem Trumpem stoi bardzo trudne wyzwanie – podobne zresztą stałoby przed Hillary Clinton, podobne też do tego, przed którym stanął Kirkman w „The Designated Survivor”. Przywrócenie narodowi jedności, niedopuszczenie do podziałów na tle rasowym czy religijnym, nadto decydowanie o ludzkim życiu. O sercach bijących tysiące kilometrów od flag Kapitolu.

W produkcji telewizji ABC twórcy mówią prezydentowi Kirkmanowi: Jeśli się uda, będziesz Reaganem. Jeśli nie – Carterem. W Polsce znaczyłoby to mniej więcej „Jeśli się uda, będziesz Piłsudskim. Jeśli nie – Narutowiczem”. A kim będziesz Ty, Donaldzie Trumpie?

2 thoughts on “Jesteś Reaganem, jesteś Carterem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

16 − thirteen =